PIERWSZY ROK nieobecności TATY

Mowa

„Im mniej ludzie myślą, tym więcej mówią” jak powiedział kiedyś Monteskiusz. Hm tylko jak odnieść to do moje coraz to bardziej wzbogacanego słownictwa? A może do poziomu chłonięcia wiedzy jak gąbka do 3 roku życia które mnie czeka…
Potem już będę tylko mówił…

Tak więc każdy dzień to postęp. Mówię już ślicznie:

- Para (i uwielbiam gestykulować i pokazywać jak wzlatuje do góry i znika)
- GaHYaż (szczególnie ten koło bloku który ma zjazd  w dół)
- BRAWO – ewentualnie: BHYAWO jak nie chce mi się wyraźnie powiedzieć RRRRR. Oczywiście  przy zachwytach skierowanych tylko w moją stronę. W innym wypadku mogę łaskawie zaklaskać.

Ale moim ukochanym słowem i tak jest MA – MA z akcentem na drugie M. Wypowiedziane z głębokim spojrzeniem w oczy.

A płynnie przechodząc ze spojrzenia do tematu GENDER, który już chyba trochę ucichł. I ja się wypowiem. Bo gdy widziałem mamy wzrok gdy kolejna pani ze sklepu zapytała o mnie: Oj,  DZIEWCZYNKA?
I usłyszałem mamy poirytowany głos: A po czym Pani wnosi że to dziewczynka?
Odpowiedź brzmiała: Bo ma taką delikatną buzię….

Powiem więc, ze już Wirginia Wolf się wypowiedziała w tym temacie dawno temu:
” Mężczyzna patrzy światu prosto w twarz, jakby świat ten został stworzony ku jego potrzebom i urobiony ku jego upodobaniom.
Kobieta zerka na świat z ukosa, pytająco, a nawet podejrzliwie. Gdyby nosili te same stroje, możliwe że i spojrzenie na świat mieliby to samo.”

ALE CZY NA PEWNO??? CHYBA NIE…

Pokolenie X,Y,Z i … moje

Podobno dzisiejszy świat można podzielić na trzy części: część Telewizyjną, część Internetową, i część Cyfrową. Mogę dodać, że ja na pewno nie będę należeć do pierwszej. Z wielu powodów.  Przede wszystkim dlatego, że gdy się przeprowadzaliśmy, mama zapomniała zabrać TV. Nie wiem jak można było o nim zapomnieć bo jest DUUUŻYYY, więc podejrzewam, że to była czysta złośliwość z jej strony ;). Pomijając ten szczegół, dodam kolejny: mam już bloga. Więc to wyklucza mnie ze społeczności sfokusowanej tylko na telewizji. Czy będę należał do części Internetowej? A czym różni się ona od Cyfrowej? Hm… w skrócie: wolnym czasem, konsumowaniem wszystkiego jak leci, i trochę zasobem portfela, który nie musi być przeznaczony na „rozsądne wydatki”. Póki co czasu mam pod dostatkiem, a portfele mam dwa. Mamy i Taty.  Czy to oznacza, że będę Cyfrowy? Nie sądzę… Myślę, że będę już pokolenie „Cyber Ż” (ż jak życie).

Czy będzie ono wyglądać jak w filmie „ONA”? Który tak przy okazji mama bardzo poleca przede wszystkim za scenariusz, muzykę i główną rolę pierwszoplanową . Gdzie każdy z nas będzie miał wirtualnego przyjaciela z którym będzie non stop on-line podłączony? Który przerośnie nam swoimi możliwościami? Czy to oddali nas od świata realnego? A może wręcz przeciwnie. Zbliży nas do siebie bardziej dając nowe możliwości.

Mama zawsze mi mówi, że wszystko do organizmu musi być dostarczone w odpowiedniej ilości. Czy bez kontroli jako nastolatek będę potrafił konsumować rozsądnie? Oczywiście, to było pytanie retoryczne. Mając takich rodziców jakże by mogło być inaczej ;)
Ale zastanawia mnie bardziej ile z nas, nowego pokolenia które wychodzi właśnie z pieluch, będzie potrafiło swojego EGO postawić na równi z potrzebami najbliższego otoczenia. A nie tylko na swoją wygodę. A nawet nie tyle wygodę co zaspokojenie potrzeby zabawy i dobrego samopoczucia.

Czy będziemy na tyle rozsądni, by nowe technologie nas nie skrzywdziły?

 

 

List dla cioci Marleny S.

Kochana ciociu,

kiedyś gdy będę duży, i to nie tylko na tyle by dosięgnąć samemu do tych wszystkich rzeczy na stole – ale tak naprawdę duży…
może się kiedyś spotkamy. Stojąc gdzieś na jakiejś wystawie, czy na jakimś koncercie, czy choćby fotografując piękno przyrody w parku…
To wersja mamy, bo tata by wolał:  gdy będę schodził z boiska z ważnego meczu, z bieżni czy wychodząc do sklepu zarzucając na chwilę konstrukcję nowego śmigłowca…

- może się spotkamy?

Uśmiechnę się do Ciebie, odpowiem grzecznie, że „rzeczywiście przepiękna pogoda” i przedstawię się jako Maciej P.
A ty mi odpowiesz: „Opiekowałam się kiedyś w żłobku Maciusiem P. Ale tylko kilka miesięcy”.

A ja się zapytam: „A bardzo malutki był wtedy?”
Odpowiesz: „Miał gdzieś mniej więcej rok i pięć miesięcy, do jego dwudziestego miesiąca”.

Na co uśmiechnę się i powiem:
- „Nie sądzę żeby to było TYLKO kilka miesięcy. To były kamienie milowe w jego życiu.  Bardzo cenne chwile w poznawaniu świata. Życia. Zachowania. Obcowaniu ze wszystkim co nowe. A ty byłaś gdzieś obok jego mamy, taty i innych cioć i wspierałaś go. Dziesiątki razy trzymając go za rękę. Obdarowywałaś go uśmiechem mówiąc mu, że tak właśnie należy się do siebie zwracać. A on ci dziękuje, że byłaś przez te „kilka” miesięcy, i że miał przyjemność Cię poznać”.

WSPANIAŁOŚCI DROGA CIOCIU. I DO ZOBACZENIA W PRZYSZŁOŚCI. TEN ŚWIAT JEST MIMO WSZYSTKO MAŁY,  WIĘC NIE WYKLUCZONE, ŻE SIĘ JESZCZE SPOTKAMY.

MACIUŚ P.

Mam już dwadzieścia miesięcy

Każdy nowy  dzień to dla mnie nie jest byle co. Nie patrzę na świat tak jak większość dorosłych – by wrócisz już do domu i odpocząć. Owszem, może i „wrócić do domu”,  ale na pewno nie po to by odpocząć. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, do poznania. Ciekawe czy mi to kiedyś przejdzie…

20 miesięcy to już jest COŚ. I ciągle chcę poszerzać swój świat. Trochę sobie eksperymentuję. I nie łatwo jest mnie okiełznać. Mama doczytała się, że na moje pierwsze próby łobuzowania i niegrzecznego zachowania musi od razy reagować (no tego jej nie trzeba było mówić ;) ) ale na spokojnie. Aby nie przesadzić z reakcją. Należy tłumaczyć.

I w takich sytuacjach poznawania swoich praw ale przede wszystkim sprawdzania granicy na ile mogę sobie pozwolić – dowiedziałem się np. po kim mam wielkie oczy. Oczywiście, że po mamie.
Widziałem to wyraźnie gdy próbowała zachować zimą krew, gdy zobaczyła jak „głupieję” i lecę, wspinam się do na szafkę w kuchni próbując dostać się m.in. do wielu niebezpiecznych „akcesoriów kuchennych”.

Już mnie trochę zna, i wie że jeden szybki ruch i ja odwdzięczę się takim samym. Więc po woli skracała nieduży między nami dystans, kuchennej podłogi. Wyciągając ręce by mnie zabrać. Zaskoczyła mnie w końcu, była szybsza niż ja. Ale czym się martwiła. Przecież chciałem się tylko pobawić…

Muszę się pochwalić, że oprócz zabawy jestem też całkiem samodzielny. I porządnicki. Sprzątam po sobie. Umiem się rozebrać i czasem „trochę ubrać”. A po schodach to już od dawien dawna sam wchodzę i schodzę :).

A od dziś już bardzo ładnie wymawiam słowo: KOŁO.

Musiałem tym moim rodzicom dzisiaj czymś zaimponować. W końcu to dwudziesty miesiąc…

 

Koło- koło- kręci się wesoło…

Zachowanie

Dzisiaj po raz pierwszy w mojej czteromiesięcznej karierze żłobkowej, mami usłyszała, że byłem niegrzeczny.

No cóż…i to wcale nie dlatego, że wcześniej było to przemilczane. Po prostu musiało mi się to zdarzyć…

W końcu: Gott weiß ich will kein Engel sein …

Był Mały Książę – czas na Wielkiego Gatsby’ego

Idąc tropem kolejnych wielkich dzieł, do których przeczytania moja kochana MAMI,  na pewno mnie zmusi, gdy będę nastolatkiem, powiem dziś tak:

„Ile razy masz ochotę kogoś krytykować (…), przypomnij sobie, że nie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty”.

I nie odnoszę się tutaj do rzeczy materialnych, lecz do otwartości umysłu. Który również uzależniony jest od sytuacji w jakiej człowiek się znalazł. Na dzień dzisiejszy mogę sprowadzić wszystko na poziom mojego podwórka i mojej piaskownicy, ale wiem, że zamieni się ono kiedyś w jakże dostojną rezydencję w której będę gościć cały przekrój społeczny ;).

I o ile mojej piaskownicy nic nie brakuje, bo po brzegi obsypana jest rodzinnym ciepłem i miłością, mam wrażenie że świat ciągle zapomina, że nasze piaskownice trochę się różnią. I, że inna nie znaczy gorsza. Bardzo się wszyscy od siebie różnimy i czasem trudno nam znaleźć wspólny język. Ale  czasem to najprostsze gesty potrafią więcej powiedzieć. W końcu ja potrafię mówić tak nie wiele (chociaż słowo „CHCIEEEE” wychodzi mi doskonale) a rozumiem się czy to z mamą, czy z tatusiem przed skypa BEZ SŁÓW. Czy to takie trudne?

Oj coś czuję w tych moich kosteczkach które rosną coraz szybciej (już mam ok. 83 cm!), że to będzie bardzo filozoficzny dla mnie rok. No cóż. W końcu poznaję świat. I uczę się go jak najdokładniej, by móc go później kreować na ten idealny. Według własnego, ciągle zmieniającego się „JA”.

Może być ciekawie…

Mały książę

O co chciałbym zapytać Małego Księcia gdybym go spotkał?

Na pewno wyciągnąłbym do niego rękę a on zostałby moim przyjacielem. Bowiem łączy nas nieskończona wiara w niemożliwe. I pobłażliwość w stosunku do dorosłych ;).

I chciałbym go rozweselić. Dlaczego o tym piszę? Bo Mały Książę ze swoją samotną plnetą B612 skojarzył mi się z każdym dzieckiem któremu na ratunek ruszyła w tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Każdy z nas jest takim Małym Księciem. Dorastamy. Poznajemy świat i ludzi. Dowiadujemy się, że wiatr nami majta, ponieważ nie mamy korzeni. Ale czy to dobrze je mieć? Wtedy daleko się nie ucieknie gdy jest niebezpieczeństwo. Ale  bez względu na to czy się te korzenie posiada, czy nie – warto jest kogoś oswoić. We dwoje zawsze nawet bać się jest raźniej.

A teraz mały test:

Co ty widzisz na poniższym obrazku?

(podpowiedź: Oczy są ślepe. Szukać należy sercem)

Podróże małe i duże

Ostatnio nauczyłem się mówić w miarę wyraźnie kilku zwrotów. Np. „Dobzie”, „Chcie”, „Psiee (proszę)” , Dziuję (dziękuję), „Dziobry” (Dzień dobry) i kilku jeszcze. W tym mój ulubiony:

TY BUZIEEE. Czyli: ty łozbuzie. I koniecznie z dziecięcym „hihihi” na końcu. Najmocniej mama się zaśmiewała z tego gdy zdejmowałem materiał z podgłówków w samolocie i sam do siebie mówiłem własnie: TY BUUUZIEEE  i sam do siebie się z tego chichrałem.

Ale nie jestem łobuziak. Taki troszeczkę, ale posłuszny.

A wycieczka bardzo mi się podobała. Poznałem wiele nowych osób. Nowych kolegów i koleżanki. Jestem najmłodszy, ale jeszcze przyjdzie czas że będą się ze mną bawić. Gdzieś słyszałem że to najmłodszy biega do sklepu. Ale nie wiem po co… chyba jeszcze jestem za mały.

Tak sobie myślę co oprócz najważniejszego, o czym pisać już nie muszę , podobało mi się w nowym kraju.

Pomyślmy…

* Na pewno nie byli to kierowcy którzy ze skrajnego lewego pasa na „trzypasmówce” skręcali w prawo… Jeżdżąc codziennie z mamą u nas do żłobka jeszcze z czymś takim się nie spotkałem. Ani z zatrzymywaniem się na środku ulicy w środku drogi, bo kierowca musi się zastanowić gdzie chce dalej jechać.  Trochę mnie przerażali.

* A może to te króliki, kury i świnki morskie w zoo? Nie, to też  nie tak bardzo. Bo to u nas jest w zoologicznym. A kura to kura.

*  Już wiem! To te góry których nie za dużo widziałem bo była mgła…hm… Ale nie przez cały czas, więc jak się rozpogodziło to robiły wrażenie.

* Maminego zdziwienia końmi pasącymi się między wieżowcami nie będę zabierał. Były takie. Z okna było od nas idealnie widać 7 koni. Podjadających trawkę jak gdyby nigdy nic. Ale między wieżowcami?

Tak naprawdę droczę się tylko. Wszystko mi się podobało. I widok z samolotu, i morze, i zatoka i statki, promy i nawet pomnik Ataturka na koniu. Na głównym placu miasta. Może stąd te konie ;)

A najbardziej podobało mi się chodzenie spać po nocach. I pstryczki od świateł wszędzie na wysokości mojej głowy. Chyba lubią tam bardzo dzieci bo zabawę w zapalanie i gaszenie światła wymyślili znakomitą.

Nie rozumiem więc czemu nie mogłem się tak non stop bawić. Ale jeszcze tam przyjadę. Będę już wyższy … i silniejszy (to dla tych do których argument mojej inteligencji nie trafi ;)).

Turkish Airlines

Jeśli by się ktoś pytał – DOLECIELIŚMY. I jest …. nie jak ……… tylko kto : TATA :))))))))))).

I w tej kolejności: Jest Tata, Jest Super.

Mówią, że dzieci mają problem z lataniem. No cóż. Musiałem w poprzednim wcieleniu dużo podróżować w ten sposób, bo nie zrobiło na mnie wrażenia to co wrażenia robić nie powinno. Czyli wszelkie zmiany ciśnienia itd. Mama powiedziała, że będzie trochę jak w windzie. Ubawiło mnie to, bo lubię windę. I potem faktycznie było podobnie. Pokazywaliśmy gesty: raz w góóórę raz w dóóół,  Jak się startuje i ląduje. A mama opowiadała mi w tym  czasie bajeczkę. Jak to:

„Maciuś rozpędza się na pasie startowym

I zaraz do startu będzie gotowy

Już w bił się do lotu,

Już w górze skrzydła samolotu!

Maciej jest wreszcie między chmurami!

Leci przed siebie do góry nogami!

Każdy kto widzi te akrobacje,

że Maciej jest mistrzem, przyzna mi rację!”

Tak naprawdę nie szybowaliśmy do góry nogami, ale ta mama zawsze w tych swoich opowieściach do mnie robi tyle dramaturgi…a ja się cieszę jak głupi. A co. Mam prawo, bo jest fajnie. Najważniejsza chwila była podczas przesiadki do kolejnego samolotu. Tam czekał na nas już tatuś. Ale go wyściskaliśmy. A ja nie odchodziłem od niego na krok. W drugim samolocie to tatuś przejął stery (nie, nie samolotu głuptaski, opiekowania się mną) i po kolejnej godzinie byliśmy u celu.

Muszę powiedzieć, że moim zachwytom nad samolotami na lotnisku nie było końca. Były ogromne i robiły wrażenie.

Gdy jechaliśmy do domu było już ciemno, więc nie widziałem miasta, ale słyszałem jak dorośli rozmawiali o zatoce, o palmach. Domyślam się, że nie mieli na myśli palemek w drinkach, tylko takie prawdziwe. Padłem przed północą czasu tatusiowego. To godzina różnicy od naszego, tak więc powiedzmy że o 23.00.

Mama zawsze przed ważnymi wydarzeniami (na ok. 1,5 tyg. przed nimi) opowiada mi o nich w samych kolorowych barwach. Odlicza do dnia zero, a potem powiem wam  tak: jeśli mama koloruje te opowieści przed ich wydarzeniem „kredkami”, to moje wrażenia po nich, to „picture” zarysowane mocnymi flamastrami.  Mami nigdy nie kłamie: jeśli ma być fajowo to tak będzie.

Rok 2013

Kochany Tato,

to był dla nas bardzo ciężki rok. Nie spodziewaliśmy się tylu zmian. I takiego biegu wydarzeń. Kończymy go jednak z uśmiechem na twarzy. I powitamy kolejny dzień, a za niecałe 27h – nowy rok – również z tym samym szczerym uśmiechem. Którym witam KAŻDY NOWY DZIEŃ. Gdy się budzę, podchodzę do mamy. Zaglądam jej do twarzy (kiedyś podnosiłem mamie powiekę, ale już tego nie robię) i mówię: „dzień dobry!” A mama udaje że śpi, ale jej koniuszki ust lekko drgające od śmiechu nie pozwalają jej nie odpowiedzieć. Wtedy porywa mnie w ramiona, całuje, idziemy odsłonić zasłonę i wołamy: Dzień dobry nowy dniu! Z moich ust wychodzi mniej więcej coś takiego jak „dziuń dziu”, ale mama wie o co kaman. Sama mnie tego nauczyła w końcu.

I tym rytuałem zaczarowujemy dany dzień, by był udany i lekki. Mama nie nosi go na rękach jak mnie czy kocmołuchy (dla niewtajemniczonych przypominam, że mówię o kotach. To żadna obraza rasowa naszej czarnej Tosi), więc nie wiem czemu ma być lekki. Kto by czuł jego ciężar, bez względu na to co się dzieje, gdy otacza cię miłość prawda?

A to nas otacza. I ciebie. Pamiętaj o tym. Jesteśmy obok ciebie, bez względu a to ile nas dzieli kilometrów.

A już za 1,5 dnia będzie nas dzielić tylko powietrze przepływające przez nasze ramiona gdy będziemy w Twoim uścisku.

Życzę Ci tato dużo siły i cierpliwości. I uśmiechu na twarzy. Niech ten mój i maminy uśmiech który wysyłamy światu – TOBIE  – co rano, dotrze do ciebie z prędkością światła. I otuli cię swoim ciepłem.

Pamiętasz tą książkę „Teoria kwantowa dla mniej zaawansowanych”, którą mama próbowała kiedyś zgłębić? Było tam coś o cząsteczkach, o atomach, ich dualizmie i tym podobne. Pamiętaj więc, że ten promyk słońca na który spojrzałem, odbił się również od Twojej szyby, a powietrze którym oddychałeś, może było i moim? Zmierzam do tego, że dzieli nas tylko materia a łączy nas nasza wyobraźnia. Wyciągnij więc rękę a ja ją złapię!

Kochamy cię.

Mama i JA

Testomierz zabawek cz. 2

HOCKI KLOCKI

Jednym z prezentów jakie dostałem na gwiazdkę były drewniane klocki. Trochę kupione na wyrost, może nawet bardzo, ale mama gdy widzi, że rozwijam jakieś umiejętności, albo chociażby zmierzam ku temu: umożliwia mi dalszy ich rozwój.

Gdy dostrzegła u mnie skupienie i próbę budowania wież z czego popadnie (nie mówimy tu o wieżowcach czy wieży Babel…), wpadła na pomysł, że to czas na pierwsze kroki z drewnianymi klockami. Zwykłe, duplo itp. już posiadam, a tych jeszcze nie znałem.

Więc siedzimy sobie i układamy jeden obok drugiego, nad trzecim i pomiędzy… Trochę jeszcze mi zajmie poszerzenie wyobraźni na tyle, by były to budowle 3D. Ale krok po kroku, klocek po klocku. W końcu nie od razu Rzym zbudowano.

Testomierz zabawek cz.1

Jak to przystało w grudniowe dni, za oknami +8 stopni więc… z sanek nici. To sobie pojeździłem na rowerku. Oczywiście takim bez pedałów. Czterokołowym. Strasznie fajny jest. Gdy mi się znudziło to szedłem na pieszo a rower niosła mama. Tak więc nie dość, że fajny sprzęt to i obsługa sprawna. A jak to na spacerach bywa, gdzieś zawędrowaliśmy.

Dziś byliśmy w Parku Arkadia i przylegającej do niej Królikarni. Czy odwrotnie. Bo ten drugi park był pierwszy. Nie powiem…robi wrażenie. Ogromny, mnóstwo liści zalegających w rowach i na pagórkach dodaje uroku. Do muzeum nie weszliśmy. Innym razem. Jutro wybierzemy się tam z aparatem.  Jeśli się uda, to będziemy o każdej porze roku robić tam fotografie, by potem porównać piękno tej przyrody i podziwiać jej rozkiwt. Jesień zaliczymy jutro a zimę może za dwa tygodnie ;). Więc 50% planu będzie wyrobionego. A to już coś. Szklanka do połowy pełna.

Dziś chciałem o zabawkach. Tak więc test sanek opisany. A czy zdany?  Hm.. Świetnie się ułożyły w prawie pustej piwnicy. Obok tego rowerka … A wieczorem mogę sobie ponaprawiać meble moją nową wiertarką, śrubokrętami i zestawem dla małego majsterkowicza. A kto by się przejmował, że klucz francuski nie wydaje dźwięków. „Ba- ba” pasuje do wszystkiego.

c.d.n.

 

1..2..3

Cóż mogę powiedzieć na swoje przeprosiny. Cały czas poznaję świat, dzień leci szybko, potem kolejny. I tak minął tydzień bez wpisu. Można rzec, że zaczynam dopiero doskonalić swoją mowę nie pisownię, ale … wiecie jak jest ;).

Namiętnie też studiuję obsługę komputera gdy tylko jest włączony. Ku przerażeniu mamy. Ale dzięki temu przypomniała sobie bądź poznała kilka skrótów klawiszowych. Które zademonstrowałem. I od razu życie wydało się prostsze. Więc nie rozumiem jej przerażenia gdy tylko przejmuję kontrolę nad klawiaturą.

Pewnie wszyscy szykują się z was do świąt. My nie. Ostatecznie zapadła decyzja, że pojedziemy do babci. Potem szybko wracamy, bo mama między świętami musi iść do pracy. Tata też. Więc to będą smutne święta. I nie chodzi nam tutaj o ich zasadę, bo pod tym kątem rodzice ich nie obchodzą. Ale o bliskość, której zabraknie.

Może dlatego nie chciałem się rozpisywać. Bo mi smutno.

Ale polecimy do taty 1 stycznia. Więc to już niedługo.

Wszystkiego dobrego!

Przesyłki

Żyjemy w czasach, w których internet daje nam dostęp do wszystkich informacji, bez względu na to czy ich potrzebujemy czy nie.

Gdzie doczekaliśmy się lotu na księżyc, czy skoku – można by rzecz zwykłego obywatela -  ze stratosfery z wysokości 38 969 metrów.

W czasach, gdzie nie sprawia nam problemu podzielenie ATOMU a przerasta „nas” dostarczenie przesyłki do adresata znajdującego się ponad 2500 km dalej.

Chciałem TATO by prezent dotarł do Ciebie dzień przed urodzinami. Miałem nadzieję,  że dwa tygodnie mając na uwadze wykupiony pakiet wszystkich możliwych priorytetów na tą paczkę to w sam raz…

jednak nie. Mam mówiła, że dzwoniąc na infolinię usłyszała, że paczka wyszła z Polski, ale pani nie wie gdzie jest. Bo dalej wszystko jest napisane po turecku. A ona nie zna tego języka.

hm.. to ja w mój język ugryzę się z komentarzem.

Ale niedługo do ciebie dotrze. Zobaczysz. I mam nadzieję, że się ucieszysz.

Angielski

Pisze o tym wielu rodziców, więc wypowiem się i ja. Z mojej perspektywy dziecka. Konkretnie chodzi o język angielski w żłobku. Jak ja to widzę?? Jako fajną zabawę z piosenkami, kolorowankami i nową ciocią od nauki angielskiego.  Moje dzisiejsze zachowanie chyba też dużo na ten temat powiedziało. Już przybliżam:

Kiedy spotkałem się z serią zabaw (nauka poprzez zabawę) DIDI the DRAGON, spodobało mi się jak wszytko co nowe i interesujące. A raczej w interesujący sposób przedstawione.  Bo jak życie nas uczy ważne jest opakowanie, a czasem cukierek nie jest tego wart. Ale co ja to chciałem… o tym angielskim. Bo cukierków nie jem…

I wszystko było super. Aż tu w weekend do zabawy włączyła się mama. Razem śpiewaliśmy, tańczyliśmy i obejrzeliśmy krótką baję o naszym smoku. To dopiero była radość. Przeżywać to z mamą… i gdy dziś w żłobku mieliśmy tę piosenkę, i tą samą lekcję co z mamą – zrobiło mi się strasznie smutno.  Bo dzisiaj rano jeszcze razem z mamą przy niej dygałem.  I ciocie to zauważyły. I w mig zrozumiały, że  bardzo zatęskniłem za mamą. Która już ze mną to przerabiała.  Nie ważne co. Ważne są wspomnienia w jakim to się odbywało towarzystwie. Jeśli było fajnie, to się najzwyczajniej tęskni.

I nie ważne czy poznawaliśmy wtedy kolory. Czy nazywaliśmy zwierzątka. Przecież ja nie potrafię powiedzieć jeszcze po polsku chociażby „kaloryfer”, więc gdzie jak będę wyjeżdżał po angielsku z „red” czy „blue”. Mama jest realistką, wie to … ;)

Ważne z kim była ta zabawa.

A to czy się osłucham, to już inna bajka. O smoku i dziewicach. Czy jakoś tak. Ale chyba tej opowiastki miałem jeszcze nie słuchać z racji na wiek.  Słuchać i nie słuchać… niech się zdecydują :)