Miesięczne Archiwa: Styczeń 2014

Zachowanie

Dzisiaj po raz pierwszy w mojej czteromiesięcznej karierze żłobkowej, mami usłyszała, że byłem niegrzeczny.

No cóż…i to wcale nie dlatego, że wcześniej było to przemilczane. Po prostu musiało mi się to zdarzyć…

W końcu: Gott weiß ich will kein Engel sein …

Był Mały Książę – czas na Wielkiego Gatsby’ego

Idąc tropem kolejnych wielkich dzieł, do których przeczytania moja kochana MAMI,  na pewno mnie zmusi, gdy będę nastolatkiem, powiem dziś tak:

„Ile razy masz ochotę kogoś krytykować (…), przypomnij sobie, że nie wszyscy ludzie na tym świecie mieli takie możliwości jak ty”.

I nie odnoszę się tutaj do rzeczy materialnych, lecz do otwartości umysłu. Który również uzależniony jest od sytuacji w jakiej człowiek się znalazł. Na dzień dzisiejszy mogę sprowadzić wszystko na poziom mojego podwórka i mojej piaskownicy, ale wiem, że zamieni się ono kiedyś w jakże dostojną rezydencję w której będę gościć cały przekrój społeczny ;).

I o ile mojej piaskownicy nic nie brakuje, bo po brzegi obsypana jest rodzinnym ciepłem i miłością, mam wrażenie że świat ciągle zapomina, że nasze piaskownice trochę się różnią. I, że inna nie znaczy gorsza. Bardzo się wszyscy od siebie różnimy i czasem trudno nam znaleźć wspólny język. Ale  czasem to najprostsze gesty potrafią więcej powiedzieć. W końcu ja potrafię mówić tak nie wiele (chociaż słowo „CHCIEEEE” wychodzi mi doskonale) a rozumiem się czy to z mamą, czy z tatusiem przed skypa BEZ SŁÓW. Czy to takie trudne?

Oj coś czuję w tych moich kosteczkach które rosną coraz szybciej (już mam ok. 83 cm!), że to będzie bardzo filozoficzny dla mnie rok. No cóż. W końcu poznaję świat. I uczę się go jak najdokładniej, by móc go później kreować na ten idealny. Według własnego, ciągle zmieniającego się „JA”.

Może być ciekawie…

Mały książę

O co chciałbym zapytać Małego Księcia gdybym go spotkał?

Na pewno wyciągnąłbym do niego rękę a on zostałby moim przyjacielem. Bowiem łączy nas nieskończona wiara w niemożliwe. I pobłażliwość w stosunku do dorosłych ;).

I chciałbym go rozweselić. Dlaczego o tym piszę? Bo Mały Książę ze swoją samotną plnetą B612 skojarzył mi się z każdym dzieckiem któremu na ratunek ruszyła w tym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Każdy z nas jest takim Małym Księciem. Dorastamy. Poznajemy świat i ludzi. Dowiadujemy się, że wiatr nami majta, ponieważ nie mamy korzeni. Ale czy to dobrze je mieć? Wtedy daleko się nie ucieknie gdy jest niebezpieczeństwo. Ale  bez względu na to czy się te korzenie posiada, czy nie – warto jest kogoś oswoić. We dwoje zawsze nawet bać się jest raźniej.

A teraz mały test:

Co ty widzisz na poniższym obrazku?

(podpowiedź: Oczy są ślepe. Szukać należy sercem)

Podróże małe i duże

Ostatnio nauczyłem się mówić w miarę wyraźnie kilku zwrotów. Np. „Dobzie”, „Chcie”, „Psiee (proszę)” , Dziuję (dziękuję), „Dziobry” (Dzień dobry) i kilku jeszcze. W tym mój ulubiony:

TY BUZIEEE. Czyli: ty łozbuzie. I koniecznie z dziecięcym „hihihi” na końcu. Najmocniej mama się zaśmiewała z tego gdy zdejmowałem materiał z podgłówków w samolocie i sam do siebie mówiłem własnie: TY BUUUZIEEE  i sam do siebie się z tego chichrałem.

Ale nie jestem łobuziak. Taki troszeczkę, ale posłuszny.

A wycieczka bardzo mi się podobała. Poznałem wiele nowych osób. Nowych kolegów i koleżanki. Jestem najmłodszy, ale jeszcze przyjdzie czas że będą się ze mną bawić. Gdzieś słyszałem że to najmłodszy biega do sklepu. Ale nie wiem po co… chyba jeszcze jestem za mały.

Tak sobie myślę co oprócz najważniejszego, o czym pisać już nie muszę , podobało mi się w nowym kraju.

Pomyślmy…

* Na pewno nie byli to kierowcy którzy ze skrajnego lewego pasa na „trzypasmówce” skręcali w prawo… Jeżdżąc codziennie z mamą u nas do żłobka jeszcze z czymś takim się nie spotkałem. Ani z zatrzymywaniem się na środku ulicy w środku drogi, bo kierowca musi się zastanowić gdzie chce dalej jechać.  Trochę mnie przerażali.

* A może to te króliki, kury i świnki morskie w zoo? Nie, to też  nie tak bardzo. Bo to u nas jest w zoologicznym. A kura to kura.

*  Już wiem! To te góry których nie za dużo widziałem bo była mgła…hm… Ale nie przez cały czas, więc jak się rozpogodziło to robiły wrażenie.

* Maminego zdziwienia końmi pasącymi się między wieżowcami nie będę zabierał. Były takie. Z okna było od nas idealnie widać 7 koni. Podjadających trawkę jak gdyby nigdy nic. Ale między wieżowcami?

Tak naprawdę droczę się tylko. Wszystko mi się podobało. I widok z samolotu, i morze, i zatoka i statki, promy i nawet pomnik Ataturka na koniu. Na głównym placu miasta. Może stąd te konie ;)

A najbardziej podobało mi się chodzenie spać po nocach. I pstryczki od świateł wszędzie na wysokości mojej głowy. Chyba lubią tam bardzo dzieci bo zabawę w zapalanie i gaszenie światła wymyślili znakomitą.

Nie rozumiem więc czemu nie mogłem się tak non stop bawić. Ale jeszcze tam przyjadę. Będę już wyższy … i silniejszy (to dla tych do których argument mojej inteligencji nie trafi ;)).

Turkish Airlines

Jeśli by się ktoś pytał – DOLECIELIŚMY. I jest …. nie jak ……… tylko kto : TATA :))))))))))).

I w tej kolejności: Jest Tata, Jest Super.

Mówią, że dzieci mają problem z lataniem. No cóż. Musiałem w poprzednim wcieleniu dużo podróżować w ten sposób, bo nie zrobiło na mnie wrażenia to co wrażenia robić nie powinno. Czyli wszelkie zmiany ciśnienia itd. Mama powiedziała, że będzie trochę jak w windzie. Ubawiło mnie to, bo lubię windę. I potem faktycznie było podobnie. Pokazywaliśmy gesty: raz w góóórę raz w dóóół,  Jak się startuje i ląduje. A mama opowiadała mi w tym  czasie bajeczkę. Jak to:

„Maciuś rozpędza się na pasie startowym

I zaraz do startu będzie gotowy

Już w bił się do lotu,

Już w górze skrzydła samolotu!

Maciej jest wreszcie między chmurami!

Leci przed siebie do góry nogami!

Każdy kto widzi te akrobacje,

że Maciej jest mistrzem, przyzna mi rację!”

Tak naprawdę nie szybowaliśmy do góry nogami, ale ta mama zawsze w tych swoich opowieściach do mnie robi tyle dramaturgi…a ja się cieszę jak głupi. A co. Mam prawo, bo jest fajnie. Najważniejsza chwila była podczas przesiadki do kolejnego samolotu. Tam czekał na nas już tatuś. Ale go wyściskaliśmy. A ja nie odchodziłem od niego na krok. W drugim samolocie to tatuś przejął stery (nie, nie samolotu głuptaski, opiekowania się mną) i po kolejnej godzinie byliśmy u celu.

Muszę powiedzieć, że moim zachwytom nad samolotami na lotnisku nie było końca. Były ogromne i robiły wrażenie.

Gdy jechaliśmy do domu było już ciemno, więc nie widziałem miasta, ale słyszałem jak dorośli rozmawiali o zatoce, o palmach. Domyślam się, że nie mieli na myśli palemek w drinkach, tylko takie prawdziwe. Padłem przed północą czasu tatusiowego. To godzina różnicy od naszego, tak więc powiedzmy że o 23.00.

Mama zawsze przed ważnymi wydarzeniami (na ok. 1,5 tyg. przed nimi) opowiada mi o nich w samych kolorowych barwach. Odlicza do dnia zero, a potem powiem wam  tak: jeśli mama koloruje te opowieści przed ich wydarzeniem „kredkami”, to moje wrażenia po nich, to „picture” zarysowane mocnymi flamastrami.  Mami nigdy nie kłamie: jeśli ma być fajowo to tak będzie.