Miesięczne Archiwa: Grudzień 2013

Rok 2013

Kochany Tato,

to był dla nas bardzo ciężki rok. Nie spodziewaliśmy się tylu zmian. I takiego biegu wydarzeń. Kończymy go jednak z uśmiechem na twarzy. I powitamy kolejny dzień, a za niecałe 27h – nowy rok – również z tym samym szczerym uśmiechem. Którym witam KAŻDY NOWY DZIEŃ. Gdy się budzę, podchodzę do mamy. Zaglądam jej do twarzy (kiedyś podnosiłem mamie powiekę, ale już tego nie robię) i mówię: „dzień dobry!” A mama udaje że śpi, ale jej koniuszki ust lekko drgające od śmiechu nie pozwalają jej nie odpowiedzieć. Wtedy porywa mnie w ramiona, całuje, idziemy odsłonić zasłonę i wołamy: Dzień dobry nowy dniu! Z moich ust wychodzi mniej więcej coś takiego jak „dziuń dziu”, ale mama wie o co kaman. Sama mnie tego nauczyła w końcu.

I tym rytuałem zaczarowujemy dany dzień, by był udany i lekki. Mama nie nosi go na rękach jak mnie czy kocmołuchy (dla niewtajemniczonych przypominam, że mówię o kotach. To żadna obraza rasowa naszej czarnej Tosi), więc nie wiem czemu ma być lekki. Kto by czuł jego ciężar, bez względu na to co się dzieje, gdy otacza cię miłość prawda?

A to nas otacza. I ciebie. Pamiętaj o tym. Jesteśmy obok ciebie, bez względu a to ile nas dzieli kilometrów.

A już za 1,5 dnia będzie nas dzielić tylko powietrze przepływające przez nasze ramiona gdy będziemy w Twoim uścisku.

Życzę Ci tato dużo siły i cierpliwości. I uśmiechu na twarzy. Niech ten mój i maminy uśmiech który wysyłamy światu – TOBIE  – co rano, dotrze do ciebie z prędkością światła. I otuli cię swoim ciepłem.

Pamiętasz tą książkę „Teoria kwantowa dla mniej zaawansowanych”, którą mama próbowała kiedyś zgłębić? Było tam coś o cząsteczkach, o atomach, ich dualizmie i tym podobne. Pamiętaj więc, że ten promyk słońca na który spojrzałem, odbił się również od Twojej szyby, a powietrze którym oddychałeś, może było i moim? Zmierzam do tego, że dzieli nas tylko materia a łączy nas nasza wyobraźnia. Wyciągnij więc rękę a ja ją złapię!

Kochamy cię.

Mama i JA

Testomierz zabawek cz. 2

HOCKI KLOCKI

Jednym z prezentów jakie dostałem na gwiazdkę były drewniane klocki. Trochę kupione na wyrost, może nawet bardzo, ale mama gdy widzi, że rozwijam jakieś umiejętności, albo chociażby zmierzam ku temu: umożliwia mi dalszy ich rozwój.

Gdy dostrzegła u mnie skupienie i próbę budowania wież z czego popadnie (nie mówimy tu o wieżowcach czy wieży Babel…), wpadła na pomysł, że to czas na pierwsze kroki z drewnianymi klockami. Zwykłe, duplo itp. już posiadam, a tych jeszcze nie znałem.

Więc siedzimy sobie i układamy jeden obok drugiego, nad trzecim i pomiędzy… Trochę jeszcze mi zajmie poszerzenie wyobraźni na tyle, by były to budowle 3D. Ale krok po kroku, klocek po klocku. W końcu nie od razu Rzym zbudowano.

Testomierz zabawek cz.1

Jak to przystało w grudniowe dni, za oknami +8 stopni więc… z sanek nici. To sobie pojeździłem na rowerku. Oczywiście takim bez pedałów. Czterokołowym. Strasznie fajny jest. Gdy mi się znudziło to szedłem na pieszo a rower niosła mama. Tak więc nie dość, że fajny sprzęt to i obsługa sprawna. A jak to na spacerach bywa, gdzieś zawędrowaliśmy.

Dziś byliśmy w Parku Arkadia i przylegającej do niej Królikarni. Czy odwrotnie. Bo ten drugi park był pierwszy. Nie powiem…robi wrażenie. Ogromny, mnóstwo liści zalegających w rowach i na pagórkach dodaje uroku. Do muzeum nie weszliśmy. Innym razem. Jutro wybierzemy się tam z aparatem.  Jeśli się uda, to będziemy o każdej porze roku robić tam fotografie, by potem porównać piękno tej przyrody i podziwiać jej rozkiwt. Jesień zaliczymy jutro a zimę może za dwa tygodnie ;). Więc 50% planu będzie wyrobionego. A to już coś. Szklanka do połowy pełna.

Dziś chciałem o zabawkach. Tak więc test sanek opisany. A czy zdany?  Hm.. Świetnie się ułożyły w prawie pustej piwnicy. Obok tego rowerka … A wieczorem mogę sobie ponaprawiać meble moją nową wiertarką, śrubokrętami i zestawem dla małego majsterkowicza. A kto by się przejmował, że klucz francuski nie wydaje dźwięków. „Ba- ba” pasuje do wszystkiego.

c.d.n.

 

1..2..3

Cóż mogę powiedzieć na swoje przeprosiny. Cały czas poznaję świat, dzień leci szybko, potem kolejny. I tak minął tydzień bez wpisu. Można rzec, że zaczynam dopiero doskonalić swoją mowę nie pisownię, ale … wiecie jak jest ;).

Namiętnie też studiuję obsługę komputera gdy tylko jest włączony. Ku przerażeniu mamy. Ale dzięki temu przypomniała sobie bądź poznała kilka skrótów klawiszowych. Które zademonstrowałem. I od razu życie wydało się prostsze. Więc nie rozumiem jej przerażenia gdy tylko przejmuję kontrolę nad klawiaturą.

Pewnie wszyscy szykują się z was do świąt. My nie. Ostatecznie zapadła decyzja, że pojedziemy do babci. Potem szybko wracamy, bo mama między świętami musi iść do pracy. Tata też. Więc to będą smutne święta. I nie chodzi nam tutaj o ich zasadę, bo pod tym kątem rodzice ich nie obchodzą. Ale o bliskość, której zabraknie.

Może dlatego nie chciałem się rozpisywać. Bo mi smutno.

Ale polecimy do taty 1 stycznia. Więc to już niedługo.

Wszystkiego dobrego!

Przesyłki

Żyjemy w czasach, w których internet daje nam dostęp do wszystkich informacji, bez względu na to czy ich potrzebujemy czy nie.

Gdzie doczekaliśmy się lotu na księżyc, czy skoku – można by rzecz zwykłego obywatela -  ze stratosfery z wysokości 38 969 metrów.

W czasach, gdzie nie sprawia nam problemu podzielenie ATOMU a przerasta „nas” dostarczenie przesyłki do adresata znajdującego się ponad 2500 km dalej.

Chciałem TATO by prezent dotarł do Ciebie dzień przed urodzinami. Miałem nadzieję,  że dwa tygodnie mając na uwadze wykupiony pakiet wszystkich możliwych priorytetów na tą paczkę to w sam raz…

jednak nie. Mam mówiła, że dzwoniąc na infolinię usłyszała, że paczka wyszła z Polski, ale pani nie wie gdzie jest. Bo dalej wszystko jest napisane po turecku. A ona nie zna tego języka.

hm.. to ja w mój język ugryzę się z komentarzem.

Ale niedługo do ciebie dotrze. Zobaczysz. I mam nadzieję, że się ucieszysz.

Angielski

Pisze o tym wielu rodziców, więc wypowiem się i ja. Z mojej perspektywy dziecka. Konkretnie chodzi o język angielski w żłobku. Jak ja to widzę?? Jako fajną zabawę z piosenkami, kolorowankami i nową ciocią od nauki angielskiego.  Moje dzisiejsze zachowanie chyba też dużo na ten temat powiedziało. Już przybliżam:

Kiedy spotkałem się z serią zabaw (nauka poprzez zabawę) DIDI the DRAGON, spodobało mi się jak wszytko co nowe i interesujące. A raczej w interesujący sposób przedstawione.  Bo jak życie nas uczy ważne jest opakowanie, a czasem cukierek nie jest tego wart. Ale co ja to chciałem… o tym angielskim. Bo cukierków nie jem…

I wszystko było super. Aż tu w weekend do zabawy włączyła się mama. Razem śpiewaliśmy, tańczyliśmy i obejrzeliśmy krótką baję o naszym smoku. To dopiero była radość. Przeżywać to z mamą… i gdy dziś w żłobku mieliśmy tę piosenkę, i tą samą lekcję co z mamą – zrobiło mi się strasznie smutno.  Bo dzisiaj rano jeszcze razem z mamą przy niej dygałem.  I ciocie to zauważyły. I w mig zrozumiały, że  bardzo zatęskniłem za mamą. Która już ze mną to przerabiała.  Nie ważne co. Ważne są wspomnienia w jakim to się odbywało towarzystwie. Jeśli było fajnie, to się najzwyczajniej tęskni.

I nie ważne czy poznawaliśmy wtedy kolory. Czy nazywaliśmy zwierzątka. Przecież ja nie potrafię powiedzieć jeszcze po polsku chociażby „kaloryfer”, więc gdzie jak będę wyjeżdżał po angielsku z „red” czy „blue”. Mama jest realistką, wie to … ;)

Ważne z kim była ta zabawa.

A to czy się osłucham, to już inna bajka. O smoku i dziewicach. Czy jakoś tak. Ale chyba tej opowiastki miałem jeszcze nie słuchać z racji na wiek.  Słuchać i nie słuchać… niech się zdecydują :)

Ceniąc dzień…

Czasem człowiek zapomina o tym, co tak naprawdę posiada. Skupia się i traci energię na rzeczy błache, sytuacje które nie są warte łez, złości i nerwów.
Pamiętajmy, że życie mamy jedno. Przynajmniej jedno pamiętamy. Dbajmy o nie, ceńmy je i doceniajmy je. Np. nie wszyscy mają to szczęście być zdrowym. To utrudnia wiele…
Mimo tego i tak można osiągnąć to czego pragniemy. A gdy mamy zdrowie, jest nam o wiele łatwiej być szczęśliwym. Ile osób o tym pamięta?
Nie ważne czy mamy życie z kolorowych czasopism. Czy bajecznych seriali i telenowel. Czy mamy psa, kota, trójkę dzieci, ogródek z zasadzonymi truskawkami i drzewo na podwórku.

Jedno jest pewne: mamy wolną wolę i siłę ducha. By walczyć i dążyć do realizacji naszych marzeń.
Dziś moim pragnieniem jest mieć przy sobie kogoś (konkretnie mamusię) która mnie bardzo kocha. Ta potrzeba miłości zapewne będzie zawsze, potem zmieni się jedynie osoba obok.
Każdy ma różne potrzeby. Mamy problemy z wsłuchaniem się w innych, bo nie potrafimy wsłuchać się w siebie.

Ten tydzień rozpoczynam apelem – wsłuchajmy się w siebie, wyciszmy się a potem otwórzmy się na innych. Jest nas na świecie ponad 7 miliardów.
Nie musimy się wszyscy znać i kochać. Ale nie fuczmy na siebie (nie jesteśmy kotami), i nie złośmy się bez sensu.

Uśmiechnijmy się a na pewno ktoś nam odpowie uśmiechem. Pobawmy się w „uśmiechowe podaj dalej”.

Recenzja książki „BLOG” Tomka Tomczyka

Dzisiaj wypowiedź mamy. Bez ściemniania, że u nas jak w rodzinie policyjnej: jeden czyta, drugi pisze ;)

BLOG
Autor: Tomasz Tomczyk

Blog to specyficzne miejsce. Bez względu na to czy jest on o tematyce modowej, kulinarnej czy parentingowej. Przy czym te ostatnie mając najtrudniejszą ścieżkę do zbudowania swojej pozycji w blogosferze. Właśnie. Bo czym on jest jak nie inwestycją? Gdyby zależało komuś na dyskrecji, jego pamiętnik nie wyszedłby z szuflady na dłużej niż parę minut dziennie w celu spisania wspomnień.  Przed erą internetu właśnie tak się uwieczniało wspomnienia. Dziś pamiętnik spełnia trochę inną funkcję. Uzewnętrznienia się i zebrania w ogół siebie grona które to polubi, zaakceptuje, zalajkuje bądź co byłoby najpiękniejsze: zainwestuje w niego.

 O tym przypomina nam Tomek Tomczyk tzw. „Kominek” w swojej nowej książce pt. „BLOG”. Tomek jest doświadczonym blogerem, który z racji swojej pozycji najbardziej wpływowych blogerów ostatnich lat, uważam że ma prawo do wyrażenia swojej opinii i uznawania jej za wartościową. Bo wypowiedzieć może się każdy.
Na książkę tą trafiłam zupełnie przypadkiem. Szukając pozycji dla dziecka, którą mogłabym poczytać wieczorami mojemu synkowi. Nie wiem czemu była to jedyna inna pozycja w danym wydawnictwie (pozostałe książki stanowią ofertę skierowaną wyłącznie dla dzieci i młodzieży), ale cieszę się że ją tam znalazłam.Książa składa się z kilku części, podzielonych na krótkie podrozdziały. Czyta się ją szybko i z uśmiechem na twarzy. Każdy ma swoje sitko (a bynajmniej powinien je posiadać), przez które powinien przesiać niektóre rady.  Ale w zdecydowanej większości są to informacje, które warto wprowadzić w życie.
Bądź odpowiedzieć sobie przynajmniej na jedno pytanie: po co prowadzisz bloga? Po to raczej by żył… I o tym przypomniała mi ta książka. Celem prowadzenia pamiętanika Maciejka (www.maciejko.blog.pl) było nie tylko dbanie o kontakt z jego tatą, który oddalony od nas o kilka tysięcy kilometrów wypatruje od nas kontaktu. Czy to listem, mailem, gołębiem pocztowym czy na blogu…ale również w celu znalezienia takich kobiet jak ja. Żon żołnierzy, których wywiało daleko od domu na kilka lat.
Co zrobię z nowo zdobytą wiedzą zależeć będzie już tylko ode mnie. Myślę jednak, że warto spróbować osiągnąć swoje założone cele.

Głównym celem opisanym w książce jest komercjalizacja bloga. Należy pamiętać, iż nie jest to przepis na ciasto drożdżowe, a rady faceta z głową na karku. Który drogą pewnych wyrzeczeń, zasad których nie łamał i dalej nie łamie, osiągnął to o czym marzył. Przynajmniej częściowo, ponieważ apetyt rośnie w miarę jedzenia.

Nutka ironii, sarkazmu, ale również zwyczajny, swobodny język to styl Kominka. Może to banalny opis, ale książka ta posiada rzeczowy wstęp, rozwiniecie i satysfakcjonujące czytelnika zakończenie. Niektórzy pisarze o tym zapominają. O satysfakcji czytelnika. Kominek zawarł w swoim „wywodzie” wszystko co chciał przekazać by pomóc w rozwoju blogosfery. Trzymaniu jej poziomu i może nawet apel do posprzątania martwych blogów. Mamy poczucie, że to jest „jego gniazdo” na którym mu zależy. W jego książce znajdziemy porady dla blogerów, agencji i reklamodawców. Porady jak dbać o swój wizerunek i nie dać się hejterom. Czytelnik znajdzie tam nawet co nieco o stawkach blogerów. Formach reklamowych i kampaniach w które warto wchodzić, z których warto korzystać. O ich skuteczności i wszelakiej współpracy. Czy to z firmami, czy to z innymi blogerami.

Książkę kończy „flybook” będący najzwyczajniej na świecie rozdziałem z FAQ. Lecz autor mając fantazję nazwał to po swojemu. Ponieważ tak ładniej brzmi. I przy tym pozostańmy.

Przy wolności wypowiedzi, którą każdy z nas ma. Największy „myk” polega na tym, by tymi słowami dotrzeć tam gdzie tylko może sięgnąć nasza wyobraźnia.
A nawet o jeden adres IP dalej.

 

Zwięrzątka

Kto mi powie jak  to jest z tymi kotami.

Konkretnie: samotna dziewczyna z kotami to sygnał, że mam się (w dalekiej przyszłości oczywiście) trzymać od niej z dala. Ale przecież rodzina z kotami to najfajniejszy komplet z możliwych. Więc jak to jest?

W weekend w „STOLYCY” odbywała się wystawa kotów rasowych.  Było całkiem fajnie. Za jedną  z większych atrakcji uznaję jednak (ku wiecznemu zdziwieniu mamy): wizytowniki hodowców. Kolorowe wizytówki, można było wpasowywać do różnych wielkości tychże wizytowników…
A najbardziej było mi żal tego łysego kota na różowej poduszcze.  W różowej stylizacji klatki. Jakby mu mało było kompromitacji…

Nasze kotki są trochę jak te na załączonym filmiku: A wasze?

 

A oto nasza AGATKA z nową kocią zabawką:

Ciasteczkowe potwory

Kontynuując kulinarny temat:

tak to się kończy, gdy żałuje się jedzenia dziecku. No dobrze, słodkości to nie jedzenie. I skąd mogę wiedzieć, czy miałaś w planach się ze mną podzielić.  Może chciałaś trochę wysłać tacie? Gołębiem pocztowym bardziej, bo pocztą nie wiem co by z tego zostało… I dlatego, aby:

1. nie tracić czasu

2. nie tracić produktów

3. jeszcze raz nie tracić czasu

kup kilka kawałków różnych ciast i podziel się z synem. Nie zjem, to się znów będziesz cieszyć.
A nie…  cała blacha dla jednej osoby? W życiu byś tego mamo nie zjadła. Dobrze że nie wyszło, bo by cię bolał brzuch!