Miesięczne Archiwa: Listopad 2013

Słodycze a dziecko

W pierwszych słowach mego listu… obiecuję poprawę.

W 48 tygodniu tego roku (!) ;) trafiliśmy z mamą na bardzo ciekawą publikację. Przypomniała ona nam o założeniach tego bloga. Które są dwa. Jeden dotyczy taty, a drugi…

ale o tym niebawem. Tak więc poprawa ma dotyczyć częstotliwości wpisów.  W końcu bez nich, ten ani żaden inny blog żyć nie będzie. Tak więc więcej grzechów nie pamiętam, proszę o pokutę i rozgrzeszenie ;).

A dziś, mając na uwadze weekendowe mniejsze i większe szaleństwa – ominę je dalekim łukiem i skupię się na drobnych przyjemnościach. Typu słodkości. MMM. Każdy jakieś lubi. Nawet dziecko. Ale to jak bardzo je lubi, zależy nie tylko od genów,ale również od przyzwyczajeń.

Lubię je i ja. Ale co rozumiem pod pojęciem „słodkość” ? Na pewno nie to, co „babcie” na ulicy, które próbują mi czasem coś wcisnąć.  Ja lubię tylko i wyłącznie biszkopcika i deserek waniliowy. Wzięło się to trochę z tego, że biedna mama, przez kilka miesięcy żeby zjeść czekoladę, wafelki, chipsy itd. czekała za każdym razem aż zasnę. Jakbym nie wiedział… pachniało od niej przecież jak nie wiem co. Po kilogramie rurek nadziewanych. No ale fakt, przez dłuugie miesiące karmienia piersią nie zjadła nawet kanki czekolady. Szacun. Pewnie będzie mi to wypominać kiedyś. A może nie, bo jak będę starszy to nie będzie się musiała ze mną dzielić tymi czekoladkami, a już nie będzie musiała ich jeść po nocach. Bo najzwyczajniej na świecie – nie lubię ich. Ostatnio gdy wcinała delicje, mocno się upominałem. Z bólem w oczach dała mi kawałek. Ach jaka była jej radość gdy wyplułem czekoladę i galaretkę i zjadłem sam biszkopcik.

To pewnie mam po tacie, ale niech myśli że mnie uchroni. Póki co :)

SMACZNEGO!

Fatałaszki

Po raz kolejny zaznaczę, że mam 1 rok i 5 miesięcy. I to ja muszę mamie podpowiadać!

Siedzimy sobie na łóżku rano, i mama się pyta:

- Synku, w co mam się dzisiaj ubrać?

Więc wstałem i przyniosłem jej szlafrok…

Ten ciepły. Bo ponoć zimno jest na dworze.

Hotelowe love krove

Przez ostatnie parę dni nocowałem w całkiem przyjemnym hotelu. I naszły mnie tam tak nagle pewne rozterki. Pewnie podobne do maminych, które czasami może mieć. Jak wychować takie dziecko (np. jak JA) by wyrosło na przyzwoitego człowieka.  I do tego jeszcze szczęśliwego.  Patrząc np. na taką Paris Hilton.  Zostając tematycznie  przy hotelach. Jako jej rodzic – gdy wchodziła w dorosłość – dałbym jej możliwość i swobodę w zarządzaniu jednym hotelem. Gdzie pracownicy byliby opłacani podwójnie. Muszę to zaznaczyć. Chodzi oczywiście o dodatek za ich straty moralne. Ponieważ nie byłby to zwykły hotel. Chociażby w każdym pokoju byłby czajnik innej firmy. To samo dotyczy telewizorów i radia.  A na każdej ulotce jako kontakt do niezliczonej ilości serwisów, dałbym jej numer. Mówimy dalej o Paris. Po co? By to ona ich obdzwaniała. I by nauczyć ją szacunku do ludzkiej ciężkiej pracy. A jakie to ma przełożenie? A no takie, że np. poznałaby sytuacje z jakimi ludzie muszą sobie radzić.  Od tych najdrobniejszych zaczynając. I aby nauczyła się szanować nie tylko tę pracę, ale i przedmioty które nas otaczają. Które ktoś później (ewentualnie) musi naprawić.

Ta krótka refleksja naszła mnie po tym gdy zabrałem pstryczek od czajnika elektrycznego i gdzieś go rzuciłem. A jeszcze dokładniej to po tym, jak wróciliśmy ze spaceru i mama zorientowała się, że tego dyngsu tam nie ma. W międzyczasie panie pokojowe posprzątały, więc mama nie miała już czego szukać. No cóż. Poza tym byłem grzeczny. Więc mój hotel mógłby być normalny. Ale w związku z tym, że prowadzenie hotelu nie jest tym czym chcę się w przyszłości zajmować – ten nietypowy hotel, Paris może zostawić tylko dla siebie.

 

TATA

Jakie było moje zdziwienie gdy „ktosiem” który zadzwonił do drzwi okazał się TATA.
Miał przecież przylecieć dzień później. I mieliśmy jechać na lotnisko, zobaczyć samoloty…a tu taka niespodzianka. Nie wiedziałem co mam zrobić. Taki nieogarnięty stałem, w „roboczych” ciuszkach dopiero co po jedzeniu. No cóż, jedzenie pomidorówki nie idzie mi jeszcze
tak sprawnie jakbym tego chciał…

Ale powracając do najważniejszego wydarzenia sobotniego popołudnia: to był ten sam tata ze skype’a. Tylko przytulić już się mogłem! Więc co się dziwić, że zasnąłem dwie godziny później niż normalnie. To był emocjonujący dzień. I w ogóle cały weekend. Już wiem skąd się wzięło to, że człowiek lubi najbardziej weekendy.
Dobrze dobrze, cofam. Dowiedziałem się o nich w momencie gdy mama wróciła do pracy.
Ale teraz jest „wydłużony weekend” TATY, więc przy tym zostańmy :)
Na bloga liczniki